Motherless
Klikasz na stronę i pachnie trochę jak strych — zakurzony, pełen rzeczy, których ktoś nie mógł wyrzucić. To bałagan, i o to chodzi. Ludzie wrzucali klipy, dziwne zdjęcia, niedokończone żarty, a jakoś to wszystko się trzyma. Przeszukujesz i znajdujesz rzeczy, których nie wiedziałeś, że chcesz zobaczyć.
Nic tutaj nie stara się być ładne. Niektóre przesyłki są małe i głupie, inne to dziwne iskry, które zaskakują cię. Komentarze brzmią jak strzępy rozmowy — kłótnie, wspomnienia, głupie żarty — jak podsłuchiwanie stołu obcych, którzy znają się zbyt dobrze.
Interfejs jest prosty, ponieważ nikt nie zadał sobie trudu, aby go przesadzić. Klikasz, coś się otwiera, oglądasz. Czasami zostajesz, czasami odchodzisz. Kolekcje rosną ręcznie: ktoś zapisuje coś, ponieważ to miało dla niego znaczenie, i w ten sposób archiwum nabiera kształtu.
Jest w tym ludzki bałagan — i ciepło. To nie jest kuratorowane przez zespoły marketingowe; to jest poskładane przez ludzi, którzy wciąż przesyłali to, co uznawali za zabawne, smutne lub warte zachowania. To sprawia, że miejsce wydaje się żywe w sposób, w jaki gładkie strony nigdy nie są. Nie odwiedzasz tego dla polotu. Odwiedzasz to dla małych, chaotycznych momentów, które jakoś zostają z tobą.




















