CCUHub
Otwierasz stronę i od razu czujesz, że to czyjś poboczny projekt, który jakoś zyskał życie. Nic wypolerowanego, nic, co próbowałoby cię zaimponować — po prostu kilka krótkich klipów, które wyglądają jak małe historie, które ludzie stworzyli, bo mieli na to ochotę. Jeden klip zaczyna się w korytarzu z ciepłym światłem, inny w zabałaganionym salonie, a jeszcze inny na zewnątrz, gdzie słychać ruch uliczny gdzieś poza ekranem.
Wszystko porusza się w swoim własnym tempie. Czasami kamera trochę dryfuje, czasami pozostaje nieruchoma dłużej, niż się spodziewasz, jakby osoba filmująca zapomniała, że ją trzyma. Ale to właśnie sprawia, że jest to miłe — nic na siłę, żadnego wielkiego momentu „teraz zwróć uwagę”. Po prostu wpadasz w to, co się dzieje.
Ludzie w filmach wydają się czuć komfortowo będąc sobą. Śmieją się w trakcie nagrania, żartują, ledwo słychać ich żarty, mają te małe, prawdziwe reakcje, które większe produkcje zawsze zacierają. To bardziej przypomina przyjaciół wspólnie tworzących rzeczy niż cokolwiek oficjalnego.
Strona też cię nie popycha. Przewijasz, klikasz to, co wydaje się interesujące, wracasz, znów wędrujesz. Nowe klipy pojawiają się wystarczająco często, że zawsze jest coś, czego jeszcze nie widziałeś. Po chwili przestajesz myśleć o tym jak o platformie, a bardziej jak o pudełku po butach, do którego ktoś ciągle wrzuca chwile — nierówne, swobodne i jakoś ciepłe.
















